Przewodnik

Linki-obrazki

Misje
I. Więzi przyjaźni
Spotykasz po latach kogoś, kto dawniej był ci bliski. Wplątuje cię on w jakąś historię, która nie dość, że z czasem się komplikuje, to w dodatku budzi w tobie wątpliwości co do intencji przyjaciela.

II. Linia frontu
Kerończy natarli na Prowincję Demarską. Oblegany jest sam Demar. Jedni ludzie stają do walki, inni uciekają ze spalonej ziemi. Napastnicy, obrońcy i cywile. Po której stronie staniesz?

Opcjonalnie: Udział w buncie niewolników w Wirginii bądź inne miejsca walk.

III. Rekonwalescencja
W nie najlepszej kondycji trafiasz do wioski lub klasztoru. Wydaje ci się, że trafiłeś w dobre ręce i że wkrótce będziesz mógł opuścić to miejsce. Okazuje się jednak, że z pozoru życzliwi i uprzejmi ludzie skrywają przed tobą jakąś tajemnicę.

IV. Zabij bestię
Coś napada, nęka mieszkańców. Zawierasz umowę z wójtem - dostarczysz głowę bestii za określoną cenę. Okazuje się jednak, że stworzenie nie działa bez powodu - jest w jakiś sposób prowokowane przez mieszkańców.

Opcjonalnie: Bestia jest wrażliwa na hałas z karczmy albo ludzie naruszyli w jakiś sposób jej rewir (weszli na jej teren, zajęli leże ze względu na drogie surowce itp.)

V. Nielegalne walki
Dochodzą cię słuchy o nielegalnych walkach prowadzonych w okolicy. Położysz im kres czy może postanowisz wziąć w nich udział dla własnego zysku? Pieniądze nie leżą na ulicy.

VI. Zlecone zabójstwo
Dochodzi do zamachu, w wyniku którego ginie ktoś ważny. Podejmujesz się odnalezienia zabójcy – albo jego zleceniodawcy. Od ciebie zależy, czy dojdzie do aresztowania winnych, czy pomożesz im uniknąć kary.

VII. Egzekucja
W mieście lub wiosce szykuje się egzekucja. Znasz sprawcę albo sam doprowadziłeś do jego schwytania. Realizacja wyroku coraz bliżej.

Opcjonalnie: Z czasem nabierasz wątpliwości, czy skazaniec faktycznie jest winny i chcesz go uwolnić lub dochodzą cię pogłoski, że ktoś może chcieć uwolnić kryminalistę.

zamknij
Dodaj do WTP Spis kodów
Spis opowiadań
Kiedyś przyjdzie mi za to wszystko zapłacić... Weselicho, czyli tańcz, jedz i chędoż za darmochę! Oszukać czas. Oszukać przeznaczenie. Oszukać... siebie. Baśń o wolności: Preludium Świątynia Ażubora (1) Wszystkiego krówkowego! (okolicznościowa, krótkie opowiadanie "Motyw przewodni - Prezent". Ta dam, pamiętaliśmy! I - Wezwanie pomocy: alchemio, przybywaj! Gdy demon odzyskuje człowieczeństwo, przypomina sobie jak być człowiekiem. Nikt nie zna prawdziwego bólu do czasu aż nie straci kogoś bliskiego sercu. Niedopowiedziane historie Wendigo i Driada Szczurzy dzień (autor: Szept, Silva) Domek, zupa, sukkub i historia (autor: Elias) Sen i niespodzianki (autor: Elias) Boląca strata i niepokojący gość! (autor: Elias) Cienie i nowy przyjaciel (autor: Elias) Kruki (autor: Elias) Cienie i Starsze Dusze (autor: Elias) Zawsze jest kolejna tajemnica (autor: Silva) Zło Kor'hu Dull (autor: Elias) Złodziej Twarzy i Koszmar (autor: Elias) Królewiec (autor: Elias) Przed świtem (autor: Nefryt) Król Żebraków i nowe drzwi (autor: Elias) Akceptacja (autor: Elias) Nostalgia (autor: Nefryt) Nowa droga i niespodziewane wyznanie? (autor: Elias) Biały i zielony daje czerwony! (autor: Elias) Nowe wyzwania w nowym życiu (autor: Elias) Krąg tajemnic (autor: Elias) Jack (autor: Elias) Czasami to mrok daje najwięcej światła (autor: Elias) Trzy sceny o szpiegowaniu (autor: Nefryt) Morze bólu. Promyk nadziei ... (autor: Elias) Nie ma sensu szukać guza. Chyba, że jest się najemnikiem (autor: Silva) Sól (autor: Aed) Dyjanna Muirne: Miecz może być dowodem wszystkiego (autor: Zorana) Opus Magnum I (autor: Iskra) Uszatek i Kwiatek na tropie przygody: Przypadłość parszywej gospody (autor: Paeonia i Szept) Gdy gasną świece (autor: Zombbiszon) ... Najjaśniej płoną gwiazdy nadziei. (autor: Zombbiszon) Elias cz. 1 (autor: Zombbiszon) Elias cz. 2 (autor: Zombbiszon) Historia (autor: Zombbiszon)
zamknij

Chat


   Niebo nad Rwącymi Żyłami zamarło.
   Huk pędzącej korytem rzeki przypominał tętent galopujących koni. Wysoko w górze, za drugim brzegiem, wznosiły się majestatyczne góry Mgieł; ośnieżone szczyty ginęły w chmurach, a wiejący od ich strony wiatr niósł ze sobą chłód.
   Szum wody i wycie wiatru zakłócały odgłosy walki. 
   Na brzegu, tam gdzie rzeka nie miała już władzy, szczerzyła zęby czarna zjawa, szykując szpony i pazury; ludzkie ciało pokryte czernią, otulone mrokiem, z czerwonymi ślepiami przepełnionymi rządzą krwi, nienawiścią tak silną, że stała się czynem, przeraźliwie chuda, z nienaturalnie wydłużonymi kończynami, niby materialna, a jednak rozmyta, niewyraźna zwłaszcza, gdy mocniej zawiał wiatr rozpraszający obleczone czernią ciało. Spowolniona przez biały splot na nodze, szykowała się do skoku, chcąc rozerwać gardła, przeciąć żyły i skosztować krwi, ograbiając z życia. 
   Krew kapała na piach i żwir.
   Rubinowe krople zabarwiły szary płaszcz wojownika, sącząc się z głębokiej rany na przedramieniu, zadanej przez czarną zjawę. Rozerwany materiał nasiąknął już krwią, robiąc się ciężkim i nieprzyjemnie lepkim. Mimo widocznego drżenia ręki, wojownik ukrywający twarz w cieniu kaptura, zaciskał mocno palce na drewnianej lasce, nie zważając na krople spływające po skórze i na drętwienie dłoni. 
   Krok przed wędrowcem stał młody mężczyzna. Jego szary płaszcz leżał odrzucony na bok, a na policzku widać było zadrapanie, kiedy upadając przeciął skórę na ostrzejszym kamieniu; nabiegłe krwią, wcale nie było groźne. Mężczyzna celował w czarną zjawę jesionową laską; na jej końcu, w świetle poranka, mienił się górski kryształ, na wietrze powiewał wilczy ogon. Oddychając równo czekał. Zielone oczy utkwił w czerwonych ślepiach przeciwnika, próbując odgadnąć jego zamiary, nie widząc w nich już nic z człowieczeństwa, dostrzegając tylko ślepą furię. Krótkie, białe włosy zmierzwił wiatr, a z boku brakowało kępki, wyrwanej podczas walki.
   Drgnęło powietrze.
   Czarna zjawa rzuciła się do ataku. Biały splot odebrał jej szybkość i zwinność, ale spryt pozostał, nic się nie stało także ze szponami i kłami. Siła jej wściekłości nie zaskoczyła mężczyzny; zjawa była jak zaszczute zwierze: kąsała i drapała, aby zachować życie. Był na to przygotowany. Zaparty buciorami o wgłębienie w żwirze, wstrzymał oddech i wyprowadził cios jesionową laską w momencie, kiedy przeciwnik wysuwał pazury. Cios padł. Zjawa upadła, ale złość i wściekłość nie pozwoliły jej zginąć. Wypełniona negatywnymi emocjami, pchana do przodu przez mrok, zaczęła się czołgać. Rozmyte, niewyraźne ciało zbladło; przez jej tułów widać było rzekę i kamienie. Ale wściekłość jej nie opuściła. Nadal darła ziemię pazurami i kłapała zębiskami. Wokoło brzmiało nucenie, a im mocniejszy był głos mężczyzny z jesionową laską, tym usilniej zjawa parła do przodu. Kiedy śpiewny baryton brzmiał niczym modlitwa, okuty koniec uniesionej laski opadł, przebijając się przez czarne, chwiejne ciało zjawy. Potwór zaskowyczał niczym zarzynane zwierzę, a potem zapłakał, ludzkim głosem wydał ostatnie tchnienie. Z czarnego ciała uleciały ku niebu ciemne motyle, blednąc i niknąc nim zdołały wzlecieć ponad linię drzew.
   Kolejna zjawa, umęczona dusza, zatracona w gniewie i złości, spaczona i zniekształcona, pozbawiona życia w świecie umarłych. Kolejna, która przez rozdarcie w granicy pomiędzy dwoma światami przeniknęła do krainy żywych, by czynić zło. Nie pierwsza i nie ostatnia dzisiejszego dnia.
   - Baodanie...
   - Są coraz silniejsze. Im więcej w nich złości, tym ich ciała są prawdziwsze - mężczyzna nazywany Baodanem Szarym obserwował, jak ostatni czarny motyl znika z tego świata, niknąc w ogóle, nie pozostawiając po sobie śladu. Potem zerknął z troską na zakapturzoną postać. Tyle, że użytkownik dębowej laski był kobietą. - Silva, zaskoczył cię prawda?
   Duszołap skinęła głową. Zachowała się niczym nowicjuszka zapominając, że dusze przepełnione nienawiścią wystarczająco silną, oblekają się ciałem. - Zaszyjmy to rozdarcie.
   Baodan uniósł rękę, nie pozwalając się ruszyć kobiecie. Szepnął słowo, a ze spoczywającego na jego piersi miedzianego naszyjnika w kształcie borsuka strzeliła iskra. W miejscu, gdzie zniknęły motyle, przycupnął duch borsuka; szary grzbiet, ciemniejsza reszta, pręgi na łbie - były niewyraźne, ale nie dało się go nie poznać. Duch zwierzęcia zajął się naprawą rozdarcia pomiędzy światami, spełniając wolę swojego szamana.
   - Musimy się śpieszyć. Nie możemy pozwolić, aby więcej ich wtargnęło do tego świata. Staną się zarazą, kiedy podniosą się granice - Duszołap opadła na wilgotny po wczorajszym deszczu konar starego drzewa, opierając o niego swoją laskę. Chciała szybko opatrzyć ranę i iść dalej, na rozstaje dróg, na zapomniane mogiły, wszędzie tam, gdzie pojawiło się rozdarcie. Baodan jej na to nie pozwolił.
   - Wypędzimy tyle, ile zdołamy. Ni mniej ni więcej - zielonooki szaman odłożył jesionowy kijaszek na bok i uklęknąwszy przed przyjaciółką, wydobył z czeluści swojej torby czysty, porwany na kawałki materiał, zioła i wodę w manierce. Najwyraźniej chciał opatrzyć ranę tak, jak należało. Dokładnie. - Żałuję, że minęły czasy, kiedy na każde rozdarcie przypadło nas po dwóch - rubinowe krople krwi zabarwiły biały materiał i chociaż dłoń szamanki drżała, na twarzy Silvy nie było widać oznak bólu. Pewien wilkołak powiedziałby, że lodowej skorupy nie zaboli takie draśnięcie. - Jest nas tak mało... - w głosie zielonookiego zabrzmiał smutek i żal, szczera rozpacz, jednak ręka mu nie zadrżała, kiedy zawijał prowizoryczne bandaże na przedramieniu Silvy. Ubolewał nad losem szamanów, nad ich wymieraniem i brakiem sposobności, aby powoływać nowych. Szamani odchodzili, znikali z tego świata. Płakał w duszy nad upadkiem braci i sióstr, nad świadomością, że pewnego dnia nie będzie nikogo, kto odpowie na wezwanie duchów.
  - Baodanie... - gdyby był tu wilkołak nie uwierzyłby, że usłyszał w zazwyczaj zimnym, chłodnym i opanowanym głosie szamanki nie tylko drżenie, ale i smutek. Przez ułamek sekundy, bo zaraz znów była sobą: kobietą o lodowym sercu.
   - Silva?
   - Za mocno.
   - A tak - szaman wyglądał na zmieszanego, ale czy swoim, czy przyjaciółki zachowaniem, nie było pewne. - Mogłabyś pomóc...
   Duszołap zrozumiała od razu. Wystarczyła jedna jej myśl, aby lis o dziewięciu ogonach zmaterializował się w tym świecie, tuż obok borsuka. Łatanie rozdarcia, które powstało przy zatarciu granicy było czasochłonnym i precyzyjnym zadaniem; to była trzydziesta wyrwa, przy każdej zostawał jeden duch, by potem pomknąć do następnej, zszywając to, co zostało rozdarte. Problem w tym, że każda kolejna zamykała się coraz ciężej i potrzeba było do tego nie jednego, a dwóch duchów. 
   Szamani, gdzie jesteście, gdy potrzebuje was lud?

~*~
   Dziś wypadało święto sielujen päivä, co we wspólnej mowie oznacza dzień zmarłych. Czas, kiedy granica pomiędzy dwoma światami, krainą żywych i dziedziną zmarłych, przestaje istnieć, zaciera się, przez co oba światy przenikają się i łączą na trzy dni oddane zmarłym. Czas, gdy pomiędzy żywymi pojawiają się duchy zmarłych, przechadzając się ulicami, którymi kiedyś chodzili, zaglądając do domów, w których kiedyś mieszkały, szukając bliskich, których kiedyś miały. Rozmyte sylwetki pośród żywych, niewyraźne, ale dobrze widoczne dla każdego. Czas, kiedy kontakt z drugim światem jest łatwiejszy i swobodniejszy, nawet dla nowicjuszów, zwłaszcza dla nekromantów, którzy tkają swoje czary, przyzywają i ściągają do siebie demony i dusze pełne nienawiści, aby móc je przywiązać do siebie i wykorzystać. Czas, gdy zjawy, mroczne chochliki i umęczone dusze ciągną do świata żywych, by szkodzić i niszczyć to, czego same nie potrafią i nie mogą już doświadczyć. 
   To ważny czas dla szamanów z górskiego plemienia Tellan-Oxa z racji tego, kim są. Zranieni uzdrowiciele  wyruszają wtedy w świat, na rozstaje dróg, zapomniane mogiły i w miejsca wszelkich nieszczęść, aby odnaleźć zbłąkane dusze, aby przenieść je na drugą stronę, tam, gdzie same z jakiegoś powodu nie potrafią odejść. Czuwają także nad żywymi, strzegąc ich przed zjawami i poczwarami, które skuszone zatartymi granicami, lgną do świata ludzi, aby siać zamęt i chaos. 
   Szamani w te dni nie tylko przemierzają kraj, ale także szczególnie muszą uważać na swoje poczynania; zbyt łatwo mogą bowiem utknąć po drugiej stronie, w świecie umarłych, który kusi i wabi, zachęcając by wejść głębiej, by sprawdzić i zobaczyć miejsca, w których nie był żaden szaman. A im dalej się wejdzie, tym trudniej potem wrócić, dlatego zranieni uzdrowiciele czyniąc swoją powinność, nie przekraczają progu, który tego jednego dnia stanowi dla nich zagrożenie. 

~*~  
   Niebo nad Mall Resz zamarło.
  Ucichł wiatr i skrzypienie koła młyńskiego, nawet strumyk zdawał się być ospały. Z dróg i ogródków, z przydomowych zagród i otwartych pastwisk zniknęły zwierzęta. Wszechobecne kury, krzyczące koguty, owce, kaczki chodzące środkiem drogi, nawet koty i psy - nie było ich widać, ani słychać. Wioska zdawała się być wymarła. W żadnym domowym oknie nie paliło się magiczne światło; szyby pozasłaniane były zasłonami, szpary pozapychane szmatami, nawet mchem, a drzwi zamknięte na głucho. 
   W jeden dzień w roku, z zachodem słońca, w pierwszy dzień święta zmarłych, bogobojni zostają w domach, odgradzając się od świata, modląc się i prosząc o zmiłowanie dla tych, którzy odeszli, dla zmarłych. Na parapetach ustawiono świece, światło dla zbłąkanych dusz, aby odnalazły drogę; w lesie, gdzie zakurzone mogiły pokryte były trawą, płonęły misy ze świecami, aby uniemożliwić wyjście na świat upiorom i duszom zmarłych nagle, samobójców i upodlonych dusz. Na rozstajach dróg, jeszcze przy świetle popołudniowego słońca, rozpalono ogniska, aby wskazać zmarłym drogę do domu, gdyby chcieli odnaleźć miejsca, w których kiedyś żyli i ludzki, którzy byli im bliscy. Nie powinno wpuszczać się ich do domów, do obejść, aby stęsknione za tym, co utracili, nie pozostali w nich na zawsze. Nie należeli bowiem do tego świata i byli tu tylko gośćmi. Na schodkach prowadzących do domów wyłożono naczynia z kaszą, jajkami i dzbany pełne miodu, aby ugościć dusze i zapewnić sobie ich przychylność. W ten jeden dzień w roku, gdy dwa światy przenikają się i łączą, a zmarli przechadzają się między żywymi, należy okazać przybyszom szczególną uwagę.
   Stary Młynarz wystawiał właśnie mleko i ciepłe bułeczki na ganek, kiedy zobaczył idącego drogą wioskowego kowala; w ręku miał coś, co wyglądało jak oddana tydzień temu do naprawy część żarna. 
   - Niemożliwe... - w głosie posiwiałego staruszka zabrzmiało zmartwienie; sam, jako przesądny i szanujący tradycje człowiek, nie opuściłby domu właśnie dzisiaj, kiedy zmarli przenikali do tego świata. Wiedział za to, że kowal był drugą osobą w wiosce, pierwszą była babeczka Mech, która podchodziła do święta z dużą rezerwą, szacunkiem, ale też rezerwą. Z pewnością Maltorn nie należał do osób, które popadają w zabobonny szał. - Maltorn, przyjacielu!
   Kowal uniósł dłoń w geście powitania, skrzętnie omijając świece ustawione na dróżce, dużo świec. Młynarz był z tych, którzy ślepo zapatrzeni w tradycje, przesadzali w ich kultywowaniu. - Nie przyszedłem z pustymi rękami - w drugiej dłoni kowal niósł zakurzoną butelczynę z domowym, malinowym winem, mając zamiar wypić za wieczny odpoczynek dusz. Tradycja nie była mu obca, jednak ganek jego domu nie był obstawiony naczyniami, a parapety świecami; na schodku stała tylko jedna miska wypełniona darami dla zmarłych oraz jedna świeca dla zbłąkanych dusz.
   - Wejdź, zmierzch zapada. To źle być dziś na zewnątrz. 
   - Dobrze wiesz, że zmarli nie uczynią nam krzywdy. Może w tym roku się nie...
   W tym momencie nad gankiem młynarskiego domu pojawił się ognik, pomniejsza dusza zapowiadająca nadejście innych. Młotoręki wyszeptał słowa pozdrowienia tak, jak nauczyła do umiłowana Laurion, i wszedł do ciepłego, pachnącego świeżym chlebem domu Młynarza. 

~*~  
   Niebo nad Bagnami Cebra zamarło.
   Błędne ogniki wiodące nieostrożnych wędrowców ku zgubie płonęły jaśniej, intensywniej, opary unoszące się nad stojącą wodą przepełnione były zapachem rozkładu i wilgoci, karłowate drzewa z korzeniami zanurzonymi częściowo w wodzie, straszyły powykrzywianymi konarami, chyląc się ku upadkowi, grząskie, podmokłe ścieżki zazwyczaj prowadzące na manowce urywały się w najmniej spodziewanym momencie, a stwory bagien przemykały cichcem po swoim królestwie, które dawno temu, na początku czasów nie było bagnami, a doliną jezior i  grążeli żółtych, zamieszkałą przez lud czczący ziemię. Królestwo upadło, uginając się pod ciężarem klątwy, grążele zwiędły i zgniły, ludzie odeszli bądź umarli, a kamienna architektura miasta pękła i zapadła się; dolinę zalały wody jezior, które przez przekleństwo zamieniły cały teren ludu ziemi w bagna. Dziś po dawnym mieście pozostały jedynie moczary i ruiny ukryte pod wodą, błotem, piaskiem i nawarstwieniami lat. Nikt już nie pamięta o królestwie, wszyscy znają bagna Cebra, ale dawni mieszkańcy nie zapomnieli, nie zniknęli i wciąż tu są, cisi, niewidoczni, pogrążeni w smutku obserwatorzy. W dzień taki jak dziś, w trakcie święta sielujen päivä, umęczone dusze pojawiają się na bagnach, snują pomiędzy moczarami, nie mogąc opuścić tego miejsca, będąc tu uwięzionymi, w miejscu gdzie nie sposób spotkać żywej duszy, która ukoiłaby ich ból.
   Omszała kamienna studnia pod suchą wierzbą, dla wędrowców twór podróżnika, tak naprawdę była reliktem dawnych czasów; przy niej spotykały się kobiety po wodę, a teraz stała się ona miejscem, gdzie zbierają się dusze nieukojonych zmarłych. Były tu i dziś, niewyraźne ale widoczne, pełne żalu, a wśród nich na pozieleniałych otoczakach siedział Terar zwany Ciapą. Młody i niedoświadczony nekromanta ze szkieletem swojej ukochanej w kieszeni, zapalał od magicznego ognia, który przywołał świece. Ustawiał je na studni, na ziemi, dając zmarłych odrobinę światła, rozjaśniając ich udrękę; nie potrafił uwolnić ich od klątwy, mógł jedynie ukoić ich smutek pamięcią i szacunkiem. Na niemal płaskim kamieniu ustawiona była także misa pełna jajek, kaszy i dzban mleka: matka Ciapy gdy żyła, zawsze powtarzała, że należy nakarmić dusze, aby się nie pogniewały, a Terar nie śmiał o tym zapomnieć. 
   - Wiem, że to niewiele, ale częstujcie się - aby rozjaśnić mroki nocy i dodać płomieniom świec jasności, Ciapa poruszył palcami tkając zaklęcie; udało mu się wyjątkowo łatwo, a kilka świec uniosło się w górę, unosząc w powietrzu. Dzisiejszego dnia czary i nawoływania okazywały się łatwe i Terar nie miał z nimi kłopotów, chociaż pewnie nazajutrz znów nie będzie potrafił unieść świec, ani przywołać do siebie zmarłych. Ciapa wiedział, że w tej nocy i jutrzejszego dnia nekromanci będą korzystać z możliwości jakie daje im los, że będą tkać swoje czary, przyzywać i ściągać do siebie czarne zjawy, demony i dusze pełne nienawiści, aby móc je przywiązać do siebie, wypaczyć i wykorzystać. Nekromanci w czasie sielujen päivä stają się wyjątkowo potężni i bynajmniej nie chowają się w norach, lecz wyciągają dłonie ku temu, co lgnie do tego świata, ściągając najczarniejsze sny. Terar nie chciał wykorzystywać zmarłych, umęczonych dusz, dlatego uciekł na bagna Cebra, z dala od całego zgiełku, od nekromantów, którzy wojują z siłami, których w pełni nie rozumieją. 
   - Śmiało, nie zrobię wam krzywdy - wokół Ciapy zaczęły pojawiać się duchy kobiet, mężczyzn, dzieci w różnym wieku, a nawet zwierząt. Milczący przybysze ze smutnymi oczami, niemi obserwatorzy, niewyraźni, a jednak dobrze widoczni. - Obiecuję, że za rok odnajdę szamana, aby wam pomógł. Nie znam żadnego, słyszałem, że bardzo mało ich zostało - Terar niemal mógł przysiąc, że smutne oczy posmutniały jeszcze bardziej - Nie martwcie się. Macie mleko, jajka i mnie i Stokrotkę.
   Umęczone dusze nie odpowiedziały, nie da się bowiem mówić z uciętymi językami.

~*~  
   Niebo nad Sokolim Pióropuszem zamarło.
   W porannym słońcu ośnieżone szczyty wyglądały niczym klejnoty; wiatr unosił śnieg wysoko w górę, a masywne, ciemne chmury nadciągające z zachodu zwiastowały pogorszenie pogody. Ściana deszczu widoczna w dole, nad wioskami i polami była wystarczająco daleko, by dać trochę czasu tym, którzy nie przygotowali się jeszcze. Nieskazitelny biały puch skrzył się i mienił, a czerwone krople krwi były na nim aż zbyt dobrze widoczne, jak atramentowe kleksy na nowym pergaminie. Było ich coraz więcej, a krople zaczęły na ubitym, wydeptanym śniegu tworzyć kałużę. Krwawiła szamanka. Klęczała, dębowa laska leżała obok niczym niepotrzebny przedmiot, zapomniany i odrzucony. Oddychała szybko, urywanie, a każdy wdech sprawiał jej wyraźny ból. Krzywiła się, a na czole perliły się krople potu. Jej otworzone dłonie, ułożone na kolanach krwawiły; skórę zdartą miała niemal całkowicie, liczne rany i ugryzienia wyglądały poważnie. Palce jej drżały i każdy ich ruch, każde zgięcie niosło ze sobą ból. Blada, wycieńczona, próbowała uspokoić oddech. Nie miała na nic siły. Siedziała zgarbiona z przymkniętymi oczami.
   Wokół niej, ku niebu, pofrunęły setki czarnych motyli. 
   Lisy wraz z borsukiem łatały szczelinę.
   - Powinnaś była na mnie zaczekać - Baodan cmoknął niezadowolony, trochę zły, ale kiedy kładł dłonie na rękach szamanki, aby zobaczyć jak wyglądają, wyglądał niczym zatroskany staruszek, który patrzył na zbyt wyrywającego się do przodu ucznia obrywającego zazwyczaj po głowie. Silva nic się nie zmieniła. 
  - Gdybym to zrobiła, wyrwałby się - mruknęła, unosząc powieki; ostatni czarny motyl niknął nad ich głowami.
   - Wiem - nie mógł zaprzeczyć, chciał, ale nie potrafił odmówić prawdy, która kryła się za jej słowami. Zjawa była na tyle potężna, jej korzenie na tyle mocne, że stanowiła zagrożenie nie tylko dla świata, ale i dla żywych. Gdyby zostawić ją wolną i pozwolić jej żerować na żywych, stałaby się gebbem - przeciwieństwem życia, jego zaprzeczeniem. - Spójrz jednak, potrzebujesz uzdrowiciela - śnieg był dobrym pomysłem na oczyszczenie rany, a i kilka skrawków materiału się znalazło. 
   - Znajdziemy jakiegoś, gdy zejdziemy do wioski. Teraz to nie ważne.
   - Odpocznij - szaman uśmiechnął się smuto; jeszcze nie zauważyła - Będziesz potrzebowała sił, aby zejść - musiała być zmęczona, bo w innym wypadku od razu pojęłaby aluzję. Duch borsuka już zniknął, sójka i mysz także, jako pierwsze, pozostały tylko ogoniaste lisy. - Sama Silva.
   - Odchodzisz... Czy to oznacza, że dopełniło się? - szamanka nie była tak słaba, jak sądził Baodan. Miała też poważniejszy niż dłonie problem i zupełnie nie wiedziała, jak sobie z nim poradzić. Jej przyjaciel odchodził, musiał iść, a ona nie potrafiła go zatrzymać, nawet nie mogła. Gdyby tylko to zrobiła, zaprzeczyłaby samej sobie i temu, czego ją uczono. - Byłeś tak pomocy. Wrócisz? - odchodził kolejny szaman, kolejny zraniony uzdrowiciel, którego zabraknie dla świata.
   - To ostatnia moja wizyta. Spłaciłem swój dług, teraz będę mógł odpocząć. Rozumiesz, prawda?
   Duszołap skinęła głową. Widziała jak w świetle poranka Baodan jaśnieje; jego ciało robiło się przeźroczyste, niewyraźne i rozmyte. Był duchem, duchem zmarłego szamana, który musiał spłacić dług, aby odejść w spokoju. Oblekł się w ciało tylko na kilka chwil, tylko na tę potrzebę, a teraz musiał wracać, tu już nie było dla niego miejsca, nie należał do tego świata. Kiedy zniknęły dłonie, gdy rozmyło się ciało, Baodan zdążył uśmiechnąć się do tej, która była jego ukochaną wychowanką, swojej następczyni i nadziei. Nie był zawiedziony, był dumny i pełen miłości. 
   Zawsze będę stał przy twoim boku.
   Baodan zniknął, odchodząc tam, gdzie było jego miejsce, do domu pełnego spokoju. Nie było go już, kiedy ciałem szamanki wstrząsnął szloch, a z jej zimnych, chłodnych oczu pociekły łzy. Duszołap płakała, skulona, z zaciśniętymi dłońmi drżała, roniąc łzy tak rzewnie, jak nigdy przedtem. Może dlatego nie usłyszała skrzypienia śniegu i odgłosów kroków, nie poczuła znajomego zapachu.
   - Silva? Silva! - wilkołak nazywany Wisielcem był zziajany od biegu, ale nawet głęboki śnieg nie przeszkodził mu w dotarciu do szamanki. I Drav przeraził się tego, co zobaczył, zawahał nie wiedząc, co ma robić. - Bogowie, czemu ty płaczesz? - ale wątpliwości minęły szybko, od razu kiedy zobaczył mokre od łez policzki - Boli cię coś? Silva, do cholery!
   - To nic - szamanka drgnęła, niezdarnie ocierając policzka opatrzonymi dłońmi - Nic takiego. Naprawdę.
   - Płaczesz...
   - A powinnam się cieszyć, bo w końcu odnalazł ukojenie, ale nie mogę...
   Znów wstrząsnął nią szloch. Nawet nie zaprotestowała, kiedy ramiona wilkołaka objęły ją i przyciągnęły do siebie. Pachniał sierścią i lasem, trochę psem, ale był i z pewnością nie miał zamiaru zniknąć. To było dobre, jednak łzy wciąż płynęły.
   - Wiesz, to nic złego kiedy płaczesz.
   - Zamknij się, pchlarzu.



________________________________________________
Z dedykacją dla... Pani Weny, której popsułam niespodziankę :D
I za podglądactwo! 

7 komentarzy:

Szept pisze...

[Niespodziankę też miałam, tylko trochę wcześniej niż inni :P
A podglądać owszem, podglądałam, ale miałam pozwolenie.
Poza tym... wyszło ci to, ale to akurat żadna niespodzianka. Jak ja ci zazdroszczę takiego pisania. Szacunek. I mówię to całkiem szczerze.
Ja lubię Silvę, ja uwielbiam śmierdzącego mokrym psem Wisielca, a końcówka już w ogóle oddaje ich charakterki. I całokształt. Ale i tak... najbardziej rozrzewnił mnie kochany Ciapa i jego poczciwa duszyczka. Cóż zrobić, mam słabość do tego nekromanty i jego Stokrotki, nawet jeśli kiedyś nazywał się inaczej. A to, jak przychodzi do duchów i obiecuje poszukać szamana... aż mam ochotę mu pomóc. ]

Iskra pisze...

Tak tematycznie, na święto zmarłych. Powiem Ci, że świetnie wyszło, a przy końcówce sama się prawie popłakałam. Czytając z kolei kawałek o Mall Resz miałam wrażenie, że już coś podobnego czytałam, ale bogowie niejedyni wiedzą skąd takie wrażenie ._."
Ostatnio sypią nam się notki jak z rękawa.
Dla mnie nigdy nikt nic nie dedykuje i teraz mi smutno.

Nefryt pisze...

Darrusowa, udała ci się niespodzianka ;) Podobały mi się zwłaszcza fragment o Ciapie i ostatni. I w obu jakoś tak smutno mi się zrobiło. Dobrze, że Silva i Wisielec są jacy są.

Dar - Silva - Drav pisze...

Szept Ciapa kiedyś to był nawet dużo starszym panem i bardziej zdolnym. Biedny Ciapa jeszcze nie wie, że coś potrafi.

Iskra ty to masz skojarzenia. Teraz mam kaca moralnego i myślę, z czym mogło Ci się skojarzyć, a przecież na niczym się nie inspirowałam... Kurde, może lepiej idę obejrzeć sobie F1...

Nef Niespodzianka zainspirowana aktualnościami ;) A Ciapa ostatnio stał się moim ulubieńcem z pobocznych.

Szept pisze...

Iskierko, ja nie piszę notek solo, to i nie mam czego dedykować. Ostatnio była grupowa dedykacja na Tam i z powrotem. Mogę ci obiecać, że następną część, którą będę redagować ci zadedykuję.
Darrusowa, ja pamiętam. Miał nawet w takiej fajnej notce wystąpić. Z pieskiem i kością. A gdzieś na dysku mam fajną część - wstęp - z jego udziałem.

Dar - Silva - Drav pisze...

A czy nie było jeszcze tego pana wcześniej? Jak to się wypędzało złego stworka z pustego domku? :D

Szept pisze...

To też moja droga. Wtedy Łowca został Jesionem. Też pamiętam. Ale notka z pieskiem i kością po prostu utkwiła mi w pamięci.

Prawa autorskie

© Zastrzegamy sobie prawa autorskie do umieszczanych na blogu tekstów, wymyślonego na jego potrzeby świata oraz postaci.
Nie rościmy sobie natomiast praw autorskich do tych artów, które nie są naszego autorstwa.

Szukaj




˅ ^
+ postacie
Rinne Lasair